Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 211 458 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Był zwyczajny...

poniedziałek, 28 stycznia 2013 17:43

Był zwyczajny...

No, może nie do końca. W sumie nie ma ludzi całkowicie zwyczajnych, a ci, którzy tak sądzą, czy to o sobie, czy to o innych, są po prostu ślepi, głupi, i powinni zamieszkać na Marsie.
Ale zanim spakuję się i wyruszę na Czerwoną Planetę, pozwolę sobie skończyć to co nieostrożnie zacząłem.  Otóż, oprócz tego, że był zwyczajny, był również niezwyczajny.  Jego brak zwyczajności gryzł się strasznie z jego niezwyczajnością. Dla spostrzegawczych inaczej, podam przykład takiego gryzienia się, otóż wyobraźcie sobie pomarańczowe volvo, albo trumnę w kropki, albo dorosłego faceta w rajtuzach. Gryzie się prawda?!  
W jego przypadku, to gryzienie się nie było aż tak widoczne, ponieważ dotyczyło, jak by to powiedział młody inteligentny pisarz, pewnych czynności fizjologicznych, które dotyczą każdego z nas.  Ale aby nie komplikować i tak już skomplikowanego i przekrzywionego od eufemizmów opisu, i aby dotrzeć do nieinteligentnych nie-pisarzy,  powiem wprost, że sprawa dotyczy srania.  
Ale o co mi głównie chodzi. Większość (...zaczynam ludziom przylepiać etykietki...) zwyczajnych inaczej (...i robić sobie jaja z tak ostatnio popularnej przypadłości zwanej political correctness), to znaczy na pewno nie on, bo on jest zwyczajny w sposób tradycyjny, i wiem, że mogę za to stwierdzenie wylecieć na Marsa, i ...poczekajcie.  Ale o co mi głównie chodzi.  No bo każdy z nas, po załatwieniu potrzeby, spieprza co sił w nogach z tego smrodu, uprzednio spuściwszy wodę, o ile jest tylko taka możliwość, aby przypadkiem fetor ów nie sięgnął nas, lub też bliźnich. Choć muszę z żalem przyznać, że czasem właśnie o to chodzi.  
Natomiast jego fenomen (specjalnie pozostawiam mego protagonistę bezimiennym...) Chociaż nie. Jest to dalece nieostrożne. Jak nie nadam mu jakiegoś imienia, choćby najgłupszego, to zaraz znajdzie się jakiś kretyn, krytyk literadzki (sic!), zapalony filolog, albo jakiś pisarz-amator (tacy są najupierdliwsi), albo ktoś równie zboczony, kto zacznie się dopatrywać jakichś podtekstów uniwersalnych, albo weźmie tego nieszczęśnika, którego uczyniłem moim bohaterem, za jakiegoś everymana, no bo przecież nawet taki everyman też srać musi, nie?  
Natomiast fenomen Krzysztofa, polegał na tym że, jakby to powiedzieć, on, ten Krzysztof, w tym smrodzie zostawał.  I w istocie robił to celowo.  O celowości jego poczynań świadczy szereg czynności, które odbywają się niczym rytuał, zawsze w momencie, kiedy Krzysztof odczuwa pierwsze objawy nadchodzącego klocka.
Najczęściej są to parcia na mięsień zwierający, nieprzyjemne kręcenie w jelitach, kłucie w żołądku. (powyższy opis jest przeznaczony specjalnie dla tych, którzy nigdy nie pamiętają jak to jest, i rżną w gacie)
Rytuał zaczyna się zazwyczaj od nagłych, desperackich poszukiwań czegoś, co można byłoby zabrać ze sobą do ubikacji.  I w przypadku gdy w domu znajduje się świeżo kupiona gazeta, czasopismo, ale w żadnym wypadku nie książka (zaraz wyjaśnię dlaczego), to sprawa idzie dalej jak po wazelinie (tylko bez głupich skojarzeń).  Po zaopatrzeniu się w odpowiedni ekwipunek, w skład którego dodatkowo może wchodzić walkman, a po ostatnich Krzysia imieninach - discman, Krzyś może udać się do miejsca gdzie nastąpi generalna poprawa jego samopoczucia.   Ach, zapomniałem o kilku drobnych, ale ważnych czynnościach.   Otóż zanim Krzyś siada na desce, zawsze włącza sekretarkę bo strasznie nie lubił gdy mu ktoś przerywa lekturę, wyłącza wodę ponieważ raz, w zapomnieniu prawie spalił czajnik, i tak dalej, i tak dalej.  
A jeszcze miałem wyjaśnić dlaczego książka do takich miejsc się nie nadaje.  
Otóż, przede wszystkim książki bywają długie, i choć rzadko mądre, to dość często wciągające, i kończyć się to może w postaci zdrętwienia obu kończyn dolnych, sińcach na udach (chodzi o ślady po łokciach), no i oczywiście obolałych pośladków, na których po wyjściu z ubikacji Krzyś zwykł siadać, bo przecież po takim wysiłku trzeba odpocząć. A tak poza tym, niektóre książki ze względu na swój ton i charakter wymagają bardziej stosownych miejsc.  Inaczej mielibyśmy odczynienia z ewidentną profanacją.
A co na to rodzina Krzysia?  No cóż, wszyscy, może z wyjątkiem psa który nie wie za bardzo o co chodzi, reagują w różny sposób na niezwyczajne przyzwyczajenie naszego bohatera.  Matka co chwila sprawdza pukając w drzwi od ubikacji czy Krzyś jeszcze oddycha, czym doprowadza go do szału.  Dziwicie się?  A lubicie jak wam ktoś przerywa lekturę zadając durne pytania? Nie? No, on też nie.  Natomiast ojciec, jak przystało na prawdziwego stoika, przyjął przyzwyczajenie swojego syna za stoickim spokojem. No chyba że sam zapragnie skorzystać z ubikacji.   Wtedy stoi i wali pięściami w drzwi, zupełnie nie zwracając na język, czym z kolei doprowadza do szału wszystkich, łącznie z Krzysiem.  Pewnie jest mu ciężko pogodzić stoicyzm z parciem.  
Jedynie szesnastoletnia, zielonowłosa siostra Krzysia, będąca w wieku kiedy protestuje się przeciw całemu porządkowi tego popieprzonego świata, w pełni popiera brata, mylnie dostrzegając w jego poczynaniach podobny do swojego bunt.  No cóż.  
Widać zielone włosy i kibel są jakoś sobie bliskie.  Przynajmniej dla szesnastolatków. A co na to sam Krzyś.  On stoi, przepraszam - siedzi, jakby obok tego całego zamieszania.  Czyta sobie jakieś artykuły, ogląda zdjęcia w czasopismach, czasem z nudów czyta horoskopy, choć w nie zupełnie nie wierzy, a czasem po prostu rozmyśla.  I marzy.  Najczęściej o świętym spokoju, którego oazą jest dla niego ubikacja.  (głównie ze względu na osobisty charakter tego miejsca)  Ucieka od tego całego domowego harmidru, wrzasków, odgłosów telewizora, narzekań, marudzenia, i... ludzi.  Czasem nawet symuluje parcia, po to by sobie zwyczajnie odpocząć.  
A kiedy doskwiera mu smród, po cichutku, delikatnie, aby nie pochlapać sobie pupy, spuszcza wodę. I siedzi sobie dalej.  Do pierwszych objawów zdrętwienia.  I jak każdy fenomen, ten Krzysiowy jest również niewytłumaczalny.  A tak poza tym, to zupełnie zwyczajny facet.  A więc...
Był zwyczajny.  Mieszkał sobie w małej mieścinie, gdzieś pośród lasów.  Nie miał wielu przyjaciół, choć był powszechnie lubiany...   ... i wiecie co?  ...musze na chwilę przerwać...  ale zaraz wrócę... tylko na chwilkę... na razie...   ......tylko gdzie jest do cholery dzisiejszy "Przegląd Sportowy"?...

D. Pałczyński - prawa autora tekstu zastrzeżone


Podziel się
oceń
5
2
Tagi: zwyczajny

komentarze (29) | dodaj komentarz

Mężczyzna, którego poślubię

poniedziałek, 28 stycznia 2013 17:25

MĘŻCZYZNA, KTÓREGO POŚLUBIĘ


           Jest piąta rano. On ciągle jeszcze śpi. Jestem w drodze do domu. To całkiem spory kawałek drogi - czterdzieści minut. Dzięki Bogu nie ma zbyt wielu ludzi w autobusie o tej porze dnia. Mógł przynajmniej odwieść mnie do domu. Ale on tylko westchnął, przewrócił się na drugą stronę i przykrył się po same
uszy tą śmieszną różową kołdrą.
            Był zmęczony? Mam nadzieję! Nawet nie usłyszał kiedy brałam prysznic. Ubrałam się, wzięłam jakiegoś średniej klasy dreszczowca z najwyższej półki i wyszłam, prościutko na przystanek. Obudzi się za kilka godzin. Wtedy dostrzeże moja nieobecność. Nawet jeśli zapomni na chwilkę kilka niedopałków ze śladami szminki i pomięta pościel z prawej strony przypomni mu o tej niezapomnianej, namiętnej nocy. Jednej szczególnej nocy pośród wszystkich tych, które spędził w tym staromodnym łóżku.
Nawet nie przygotował kolacji. Nie było białej serwety, świec ani romantycznej muzyki.
          Ten pokój nigdy nie miał być romantyczny. Z praktycznym podejściem do życia, które prezentuje Lizzy, został on stopniowo zapełniony różnego rodzaju książkami. Kiedyś nawet podarowałam jej jedną w prezencie. Wielki, okazały tom - mógł robić wrażenie. Szczególnie te złote litery płynnie zlewające się w tytuł "Kamasutra". A ona tylko się zaczerwieniła i ukryła książkę w najbardziej niedostrzegalnym miejscu w domu. I jaki był sens robienia tego, skoro on i tak ją znalazł? Biedna Lizzy. Odkąd się wprowadził straciła całą swoja prywatność na dobre. Kupiła mu brązowe filcowe pantofle i pilnuje, żeby podlewał kwiatki zawsze wtedy, kiedy ona musi wyjechać na konferencję. Podlewa - przypominam mu o tym dzielnie. Ich pies już nie szczeka, kiedy  przychodzę. Lizzy jest przekonana, że musi czuć jakieś pozytywne wibracje w stosunku do mnie, bo przecież widuje mnie tak  "rzadko".  
           Jak się poznaliśmy? Ciężko powiedzieć. On mówi, że zobaczył mnie na przystanku. Stałam w deszczu a on podszedł do mnie z bukietem żółtych kwiatów. Dokładnie tak, jak w książce Bułhakowa. Ale coś mu się musiało pomylić, bo to Małgorzata trzymała kwiaty, nie Mistrz. Tak czy inaczej, formalnie poznaliśmy się na którymś z tych dziecinnych przyjęć urodzinowych Lizzy.  Szalona zabawa z musującym szampanem i tortem, w tym samym stylu od piętnastu lat.
             Teraz powinnam już wysiadać. Przy odrobinie szczęścia będę spać jakieś pięć godzin. Później zadzwoni telefon. To będzie on - zadzwoni, żeby mnie obudzić i powiedzieć "dzień dobry". A może to będzie Lizzy dzwoniąca, żeby zaprosić mnie na jedno ze zwykłych powitalnych przyjęć. Za każdym razem to ma być ich wieczór zaręczynowy. Znów pogładzi go po policzku i powie cicho: "To jest mój mężczyzna. Mężczyzna, którego poślubię".

A. Morawska - Prawa autorki tekstu zastrzeżone


Podziel się
oceń
4
1

komentarze (21) | dodaj komentarz

niedziela, 4 grudnia 2016

Licznik odwiedzin:  10 738  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Archiwum

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to